Projekt Latające Schronisko

IMG_0046Marta i Joda biorą udział w projekcie Latające Schronisko. Przyznaję, że kiedyś obiła mi się nazwa o uszy, ale dopiero teraz się temu przyjrzałam – inicjatywa jest genialna. Chodzi o to, że wolontariusze schroniska Azylu Pod Psim Aniołem szkolą psy schroniskowe próbując wydobyć ich potencjał, ale też przy okazji poznawać je, uczyć kontaktu z człowiekiem.

Dla takich osób wstęp na niedawne zawody Rally-O (które to zawody w swojej idei też mi się bardzo podobają) jest bezpłatny.

Osobiście Marty Roszkowskiej nie znam. Napisała do mnie, żeby zdobyć przepis na kubraczek, który kiedyś uszyłam Loli na Dog Orient. Joda niestety okazał się bardziej wybredny i ubranka za nic w świecie założyć nie chciał. W zawodach za to zdobył całkiem sporo punktów. Przeczytajcie sami relację Marty.

No i oczywiście: Joda jest do adopcji. Udostępniamy tego zdolniachę, niech go ktoś zabierze ze schroniska! Więcej informacji na facebookowym profilu Jody.

IMG_4042

Przygody Jody – czyli jak pies ze schroniska zaliczył pierwszy rajd rally-o

Niedziela, wyruszamy z domu o 8 rano. Przed nami 60 kilometrów – najpierw musimy odebrać Jodę ze schroniska w Falenicy (południowy-wschód Warszawy), a potem do 9:50 dojechać do Zielonek (zachód). Wydaje się, że mamy dużo czasu, ale w schronisku musimy jeszcze załatwić kilka spraw organizacyjnych (miska, jedzenie, numerek, szybki spacer), a w natykamy się na pierwszy problem – Joda nie chce wsiąść do samochodu. Na początku chcieliśmy, żeby zrobił to z własnej woli (przy małej pomocy parówek), potem zdecydowałam, że wezmę go na ręce i wsiądziemy razem, co też jednak wcale nie było proste. Na szczęście w końcu się udało i ruszyliśmy. Pierwszy kilometr był jeszcze dla niego trochę trudny, jechał wystraszony, ale po kilku minutach usiadł i znalazł sobie dwie atrakcje – obserwowanie sytuacji za oknem oraz…drążek zmiany biegów na który ukradkiem zerkał z ciekawością.

Wszystko szło zgodnie z planem do połowy drogi, kiedy to Joda zakręcił się kilka razy, schował głowę pod deskę rozdzielczą i dał nam znak, że jedzenie parówek przed podróżą nie było najlepszym pomysłem. Mieliśmy więc awaryjny postój na poboczu Alei Jerozolimskich przez co na zawody przyjechaliśmy lekko spóźnieni, ale na szczęście bez kolejnych przygód.

Przed zawodami mówiłam, że są tylko dwie stacje, których się obawiam – pivot w lewo (nie zdążyliśmy się tego nauczyć) i siad – obejście psa (Joda to potrafi, ale nie zawsze jest w stanie usiedzieć w miejscu). Oczywiście, kiedy już dojechaliśmy na miejsce i sprawdziłam plan toru okazało się, że obie stacje znalazły się w rozkładzie – za nie zrobienie pierwszej jest co prawda tylko 5 punktów karnych, ale już za pominięcie drugiej z tych stacji grozi dyskwalifikacja, a zupełnie nie wiedziałam, jak Joda się zachowa na torze. Tym bardziej, że o ile o dziwo nie rozpraszało go szczekanie psów, gwizdanie i krzyki z odbywających się zaraz obok zawodów flyballowych, to okazało się, że Joda, który nigdy nie interesował się zwykłymi piłkami i szarpakami, wprost szaleje za piszczącymi zabawkami. Co więcej piszczące piłki były nagrodą za ukończenie rajdu, więc co 5 minut wokół toru pojawiała się nowa „piszczałka”, a Joda próbował dorwać każdą z nich. W tym momencie zaczęłam się trochę denerwować, ale na szczęście druga połowa naszego zespołu była wyluzowana.

Pooglądaliśmy kilka przejść idealnie wyszkolonych owczarków niemieckich, labradorów oraz innych rasowych piesków aż w końcu przyszła pora na nas. Nie opiszę dokładnie, jak przeszliśmy tor, bo były takie emocje, że prawie nic nie pamiętam. Joda był bardzo skupiony, czasami tylko trochę odchodził, żeby powąchać znak, poza tym szedł ciągle przy nodze. Zrobiliśmy obejście, zrobiliśmy slalom, właściwie to ze wszystkich stacji pominęliśmy tylko ostatnią, czyli lewy pivot.IMG_0018

Wygłaskałam Jodę i pobiegliśmy do sędziów, żeby dowiedzieć się, czy zaliczyliśmy…okazało się, że tak, i na dodatek mamy jeszcze szansę na bonus! Popatrzyłam na panią sędzię – miała łzy w oczach, bo dopiero w trakcie naszego rajdu dowiedziała się, że to pies schroniskowy. Wszyscy bili nam brawa, poszliśmy odebrać rozetę i upragnioną piszczącą piłkę. Ostateczny wynik – 191/210!

Posiedzieliśmy jeszcze chwilę na trawie i nadszedł czas powrotu… Niestety, nikt nie zainteresował się Jodą na tyle, żeby dać mu szansę na dom. Po całym dniu wrażeń musieliśmy wrócić do Falenicy. Musiałam też zabrać mu rozetę, bo w schronisku mogłaby się zniszczyć, została mu tylko piłka. Rozeta i książeczka startowa czeka zatem na kogoś, kto Jodę przygarnie i da mu szansę na fajne, pieskie życie!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*